SAMORZĄDNOŚĆ / GOSPODARKA / INTEGRACJA EUROPEJSKA

ISSN 2082-3673

 

Europrojekty.pl  /  Numer 108  / Mierzi mnie hipokryzja w każdej postaci

 

Ćwierćwiecze demokracji lokalnej. Samorząd oczami jego ludzi: Kraków

 

Mierzi mnie hipokryzja
w każdej postaci

 

Z  prof. Jackiem Majchrowskim, Prezydentem Krakowa

– rozmawia Jacek Broszkiewicz

 

- W tym roku obchodzimy 25-lecie demokracji lokalnej w Polsce  i tak się składa, że to już 13 rok sprawowania przez Pana Profesora funkcji Prezydenta Krakowa. Czy może się Pan podzielić refleksjami na temat  związków pomiędzy tymi dwoma faktami oraz dotychczasowymi osiągnięciami zarówno Pana, jako gospodarza miasta, jak i samorządu Krakowa?

 

- To pytanie ma tak szeroki wymiar, że trudno na nie odpowiedzieć w kilku zdaniach. Niełatwo mi też odnaleźć związki z tymi dwoma kwestiami, które pan poruszył. W owym ćwierćwieczu samorządu krakowskiego objąłem bowiem stanowisko jako piąty prezydent i do tej pory tę funkcję, najdłużej, co prawda, sprawuję. Moi poprzednicy też mają swój bagaż doświadczeń, a więc nie mam monopolu na pełne podsumowania całego procesu i funkcjonowania systemu samorządowego. Dokonania i postęp widać na każdym kroku, więc nie ma sensu skupiać się na wyliczaniu sukcesów. Myślę zatem, że te 13 lat prezydentury Krakowa upoważnia mnie do sformułowania kilku refleksji, które – być może – nie wszystkim przypadną do gustu. Dotyczą problemów najbardziej przyziemnych, ale niezmiernie istotnych dla samej  działalności samorządów w Polsce. Samorząd bowiem, to nie jakiś anonimowy twór. To ludzie, urzędnicy, radni, którzy nie żyją w wyimaginowanym świecie idei i misji. Naturalnie ustawa samorządowa spełniła swoje zadanie, choć wymaga poważnych zmian, dostosowanych do obecnych realiów. Wejście Polski do Unii Europejskiej otworzyło przed samorządami szeroko bramę do pozyskiwania pieniędzy, o jakich wcześniej mogły tylko marzyć. Ale w tym kontekście moje oczekiwania wykraczają poza potrzebę zmiany ustawy o samorządzie terytorialnym i dotyczą samego kształtu samorządu w zderzeniu z organizacją państwa polskiego. A tu już mamy do czynienia ze sferą odnoszącą się do poważnych zmian w Konstytucji. Ciekawe zresztą, że 25 lat temu idea samorządności lokalnej wcale nie  cieszyła się wielkim poparciem społecznym. Gdyby nie profesorowie Regulski, Kulesza i Izdebski, którzy praktycznie stworzyli prawne podstawy samorządności i wręcz „przepchnęli” ustawę przez Sejm, to prawdopodobnie pejzaż Polski pasowałby nieco bardziej do lansowanego dziś przez niektóre środowiska polityczne obrazu klęski i zgliszcz, co  - nawiasem mówiąc - jest kompletną brednią. W 2002 roku doszło do pewnej ważnej zmiany – prezydenci, burmistrzowie i wójtowie zaczęli być wybierani w głosowaniu powszechnym przez obywateli, a nie jak do tej pory przez radnych. Jednak za tą reformą nie podjęto innych, niezbędnych dla skutecznego działania, kroków. Jeżeli więc dano prezydentom, burmistrzom i wójtom ów społeczny mandat, to bynajmniej nie oznaczało to, że zyskali oni dodatkowe uprawnienia.

 

- Ich pozycja wobec rad gminnych nie zmieniła się zasadniczo?

 

- O ile przed rokiem 2002 rada wybierała prezydenta, to widziałem sens w rozliczaniu go przez nią i w udzielaniu mu absolutorium. Po wprowadzeniu wyborów powszechnych, które oznaczają osobistą prezydencką, czy burmistrzowską odpowiedzialność przed wyborcami, udzielanie absolutorium przez te gminne gremia jest pozbawione logiki. Utrzymywanie tych rozwiązań bardzo komplikuje pracę faktycznych gospodarzy miast i gmin, ponieważ sprowadza się do  niekorzystnego przesuwania akcentów w codziennej działalności z płaszczyzny realnej, pragmatycznej, na polityczną. To zaś w oczywisty sposób spowalnia rozwój, rodzi niepotrzebne konflikty, prowadzi do forsowania i obrony przez  grupy radnych partykularnych, środowiskowo-zawodowo, ale i partyjnych interesów, nierzadko szkodliwych z punktu widzenia dobra całej społeczności lokalnej. Obserwuję swoiste blokowanie rządzących prezydentów i burmistrzów, którzy chcą podejmować odważne, radykalne zmiany i proponować programy służące mieszkańcom. To się w oczywisty sposób wiąże z tym, iż powszechny mandat, jaki zyskuje włodarz gminy automatycznie powoduje wymknięcie się go spod kontroli partii politycznych konkurujących pomiędzy sobą w radach gminnych. To widać doskonale na przykładzie prezydentów dużych i wielkich miast – partie albo mają na nich niewielki wpływ, albo żaden.

 

- Stąd pomysły ograniczenia kadencyjności?

 

- Tak jest. Ci gospodarze miast, którzy od wielu lat cieszą się społecznym poparciem, zdobyli zaufanie mieszkańców, zrobili wiele dobrego – mają zawsze konkurentów wywodzących się z partii politycznych. Dzieje się tak dlatego, że przeforsowanie swego partyjnego kandydata w wyborach na fotel prezydenta, czy burmistrza lub wójta, partie traktują jako swój polityczny łup. A potem okazuje się, że kluczowe stanowiska obsadza się z klucza partyjnego, a nie biorąc pod uwagę kompetencji. Efekt jest taki, że na poziomie samorządowym uprawianie polityki kończy się z reguły kompromitacją. Na tym szczeblu ludzie odpowiadają za wydawanie setek milionów złotych i nie można sobie pozwolić na to, by za tę sferę odpowiadał na przykład, z całym szacunkiem, nauczyciel biologii, który o  finansach samorządowych nie ma bladego pojęcia, a jego jedynym atutem jest koleżeństwo z lokalnym kacykiem partyjnym. Ten system jest katastrofalny i wymaga gruntownej przemiany.

 

- Wymagać zmiany czegoś na poziomie lokalnym, to znaczy wymagać zmian ustawodawczych. Tymczasem w parlamencie, a czasami i w rządzie zjawiska, o jakich mówi Pan Prezydent są wręcz normą…

 

- W tym cały dramat, bo wszyscy ci, którzy decydują o rozwiązaniach systemowych w gruncie rzeczy są za konserwowaniem status quo. Wobec takiego stanu rzeczy przyjąłem zasadę, w myśl której wszyscy moi zastępcy mają być mądrzejsi ode mnie w tych dziedzinach, którymi się zajmują. To rodzi pewne niebezpieczeństwo, że w kolejnych wyborach któryś z nich mnie zastąpi, ale sądzę, że jeśli tak się stanie, to tylko z pożytkiem dla lokalnej społeczności. Wykreowanie kogoś naprawdę kompetentnego na swojego ewentualnego następcę, kogoś kto zdobędzie społeczne zaufanie i nie zawiedzie go, to nie powód do niepokoju, ale raczej do dumy i satysfakcji.

 

- Można by sądzić, że praca gospodarza gminy jest marzeniem każdego ambitnego, zdolnego i skutecznego fachowca. Takich ludzi jednak szybko wyławia i połyka świat biznesu…

 

- Ludzie samorządów ciężko pracują za niewielkie pieniądze. Unikanie kwestii związanych z wynagrodzeniami prezydentów, burmistrzów, wójtów – ludzi dźwigających na sobie ogromny ciężar odpowiedzialności, obracających astronomicznym pieniędzmi podatników krajowych i unijnych, to po prostu czysta hipokryzja. Rozmawianie o tych sprawach stało się podejrzane etycznie, co już samo w sobie wywołuje we mnie sprzeciw. A problem jest poważny i niebezpieczny dla samorządów. To będzie niepopularne, co powiem, ale ustawa kominowa, która dotyczy samorządów, już w samym założeniu jest po prostu idiotyczna. Nie mam możliwości ściągnięcia do urzędu miasta Krakowa naprawdę dobrych fachowców w konkretnych dziedzinach. Oni za tak marne pieniądze, w stosunku do ofert biznesu, do mnie nie przyjdą. A tabloidy wciskają publiczności kłamstwa o niebotycznych zarobkach prezydentów, burmistrzów, wójtów. Pan pewnie wie ile wynosi zasadnicza pensja prezydenta dużego, metropolitalnego miasta...

 

- Kilkanaście tysięcy miesięcznie?

 

- Moja pensja zasadnicza wynosi 6200 zł brutto plus dwa dodatki, co daje w sumie około 12 tysięcy złotych. W samorządzie krakowskim więc jestem na 50 miejscu pod względem zarobków. Wszyscy moi zastępcy zarabiają więcej ode mnie, bo oni dostają nagrodę ode mnie, a ja przecież sam sobie jej nie przyznam. Dyrektorów placówek kultury, szpitali itp. ustawa kominowa nie obowiązuje. Mam więc uposażenie dobrej sekretarki, tylko że ja pracuję po 12 i więcej godzin przez cały tydzień, łącznie z sobotami i niedzielami. Prezydenci miast na prawach powiatu są jednocześnie starostami. Pełniąc tę odpowiedzialną funkcję nie otrzymuję z tego tytułu ani złotówki. Gdyby nie to, że prawo nie zabrania mi pracy na uczelni, to po prostu mocno bym się każdego dnia zastanawiał, czy skórka jest warta wyprawki. Odpowiedzialność jest przygniatająca – przecież zarządzanie rocznym ponad 4-miliardowym budżetem, kierowanie instytucją zatrudniającą kilka tysięcy ludzi, świadomość potrzeby godzenia różnych potrzeb mieszkańców – to wszystko może być i jest bardzo stresujące. Jeden z moich poprzedników po półtorarocznym pełnieniu funkcji powiedział wręcz: dziękuję państwu, ale mnie nie stać na to, by być prezydentem Krakowa i wrócił do zawodu adwokata. W istocie rzecz sprowadza się do odpowiedzi na pytanie czy chcemy mieć państwo tanie, czy też dziadowskie.

 

- W istocie rzeczy do relacji samorząd – Sejm?

 

- Posłowie sami sobie uchwalają wysokość uposażenia i jednocześnie nakładają kagańce finansowe na swych odpowiedników odpowiednio niższych szczebli. Wszystko to, o czym do tej pory rozmawiamy, moje spostrzeżenia i refleksje - to dezyderaty skierowane przede wszystkim do ustawodawcy.

 

Podziemny Rynek  - fot. W.Majka- Mam nadzieję, że do tych wątków, także w szerszym zakresie, regionalnym, państwowym, europejskim, powrócimy jeszcze w trakcie naszej rozmowy. Tymczasem chciałbym zapytać Pana Prezydenta – tak dla chwili oddechu – o rzecz następującą. Kraków to wyjątkowe miasto nie tylko w skali krajowej, ale europejskiej i globalnej. Oczywiście ta wyjątkowość wynika nie tylko z tzw. renty położenia, zasobów materialnych, potencjału ludzkiego, ale także, a może przede wszystkim z roli, jaką miasto od wieków odgrywa na cywilizacyjnej mapie naszego globu. Jak, Pana zdaniem, coraz lepiej wykorzystywać ten swoisty handicap, by miasto rozwijało się w sposób zrównoważony i stawało się konkurencyjne wobec innych europejskich ośrodków o podobnych walorach? Na jakich polach konkurencyjność Krakowa może przynieść najlepsze efekty?

 

- Staramy się konkurować nie tyle z Wrocławiem, Poznaniem, czy Gdańskiem, co z Berlinem, Wiedniem, Pragą i innym tego typu ośrodkami. Dysponujemy wielkim handicapem kulturalnym, dziedzictwa narodowego. Jednak musimy być świadomi faktu, że większość odwiedzających Kraków, zwłaszcza dzieci i młodzieży po prostu „zalicza” ten patriotyczny obowiązek i już tu nie wraca. Zastanawiamy się nad formułą, która sprawi, że ten, kto już raz był w Krakowie, chciał tu powracać, mając pewność, że za każdym razem zobaczy i przeżyje coś nowego, np. podziemne muzeum pod Rynkiem, Fabrykę Schindlera, Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Chcemy pracować nad taką ofertą, która gośćmi z całego świata zapełni halę TAURON Arenę Kraków – największą pod względem miejsc, po londyńskiej w Europie, Centrum Kongresowe, ściągamy do miasta najlepsze orkiestry, wykonawców i organizujemy zawody sportowe na najwyższym poziomie. Kraków staje się więc obowiązkowym przystankiem dla wszystkich tych, którzy liczą się w światowej kulturze i sporcie. Kolejnym atutem są bardzo wysokich notowań uczelnie wyższe, dysponujące bardzo dobrą kadrą dydaktyczną i możliwościami badawczymi. W tym jednak wypadku mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Ta uniwersyteckość miasta, jego potencjał intelektualny i znakomita oferta kulturalna, możliwość uczenia dzieci w szkołach anglojęzycznych – powoduje, że w Krakowie jest olbrzymi, bo zatrudniający około 40 tysięcy osób sektor outsourcingowy. Wydawałoby się, że jest świetnie. Ale jest i druga strona medalu. Ludzie, którzy kończą studia, chcą zostać w Krakowie. Dla nich praca jest, ale inwestorzy prócz niej, nie oferują im ani mieszkań, ani innych serwitutów socjalnych. Mieszkania są. Kilka lat temu widziałem zastawienie, z którego wynikało, że Kraków buduje ich tyle, co Wrocław i Poznań razem wzięte. Sęk w tym, że są one horrendalnie drogie i trzeba brać kredyty w bankach, a na to nie każdego stać. Na politykę banków nie mamy – jako państwo i naród, a tym bardziej samorząd, żadnego wpływu, tym bardziej, że są one w znakomitej większości w obcych rękach.  Młodzi ludzie po studiach często więc wyjeżdżają do mniejszych miast, choć pozostając w Krakowie, mogliby korzystnie  zmieniać strukturę demograficzną, socjalną i cywilizacyjną naszej społeczności.

Rzecz jasna stawiamy na turystykę. Kiedy rozpoczynałem prezydenturę w 2002 roku, miasto odwiedzało 4 miliony turystów rocznie, obecnie to już prawie 10 milionów.

 

- A zatem miasto staje się coraz zamożniejsze…

 

- Raczej mieszkańcy.

 

- Czy to nie to samo?

 

- Wprost nie. Na początku musieliśmy po prostu uświadamiać hotelarzy, restauratorów, że wprowadzenie symbolicznej opłaty turystycznej leży w ich interesie. A nie chcieli jej od klientów pobierać. Dopiero, kiedy wykasowaliśmy tych opornych z naszych stron internetowych, zauważyli związek między przyszłością własnego biznesu, a funkcjonowaniem organizmu miejskiego na europejskim poziomie.

 

- Kraków staje się ostatnio miejsce kipiącym od różnego rodzaju wydarzeń, co oczywiście związane jest z potencjałem intelektualnym miasta – o charakterze, nazwijmy to, cywilizacyjnego fermentu. To tutaj odbywa się cała masa kongresów, sympozjów, konferencji, na które zjeżdżają intelektualiści, także ludzie władzy z całego świata. Mam wrażenie, ze miasto staje się ważnym centrum debaty nad przyszłością nie tylko Polski, ale i Europu oraz świata. Czy moje impresje są przesadne?

 

TAURON Arena Kraków fot P. Krawczyk- Na tę pozycję Krakowa w kręgach i środowiskach, o których pan wspomina, pracujemy od kilku lat. Po wybudowaniu Centrum Kongresowego wiele cyklicznych imprez, w tym o charakterze politycznym a przede wszystkim gospodarczym zostało z prowincji przeniesionych do Krakowa. Za przykład niech posłuży Kongres Euroregionów, który odbywał się w Krynicy i Muszynie. Nadaliśmy mu rangę europejską i o ile dotychczas impreza ta gromadziła 300-400 gości, to obecnie – już w Krakowie – było ich półtora tysiąca.

 

- Nawiązując do Europejskiego Kongresu Samorządów, który odbył się na początku maja, można było przyjąć, że nie jest to wydarzenie o charakterze ceremonialnym – tam autentycznie dochodziło do wymiany sprzecznych często poglądów dotyczących przyszłości Unii Europejskiej, państw ją tworzących, regionów, metropolii, miast o podobnych do Krakowa potencjale, małych społeczności lokalnych…

 

- A ja, w odróżnieniu od pańskich wrażeń, podzielam je tylko częściowo. Zagadnienia tutaj poruszone wymagają szerszego spojrzenia i wcale nie są tak jednoznacznie  rozumiane przez różnych ważnych uczestników tego wydarzenia. Dyskusja się toczy, zresztą na zróżnicowanym poziomie intelektualnym i nie zawsze na temat - może z większą mocą, niż kilka lat temu, ale niektóre dogmaty pozostają nienaruszalne. Mnie to irytuje, ponieważ warto by szczerze porozmawiać i wreszcie zacząć podejmować wiążące decyzje na poziomie parlamentów i w konsekwencji Komisji Europejskiej. To chwytliwe ostatnio hasło o potrzebie zmian, gra we mnie od lat. W przeciwieństwie do populistów, którzy niczego konkretnego nie potrafią zaproponować,  ja to wiem i chętnie się tą wiedzą podzielę. Punktem wyjścia niech będzie stwierdzenie, że zwolennicy zmian, ci już dobrze usadowieni w całej unijnej strukturze, praktycznie wcale ich nie chcą. Z wyjątkiem kilku odważnych polityków, by wspomnieć o premierze Wielkiej Brytanii Davidzie Cameronie.

 

- Dziękuję zatem Panu Prezydentowi za tę część rozmowy i deklarację jej kontynuowania. Jej dokończenie opublikujemy w następnym wydaniu czasopisma.

Skontaktuj się z nami:

Napisz do nas:

Europrojekty.pl Sp. z o.o.

Al. Korfantego 32/44
40-004 Katowice

NIP: 634-281-53-00

+48 509 179 016

Adres:

E-mail:

Telefon:

Jeśli masz do nas jakieś pytania, chciałbyś podjąć  z nami współpracę lub dowiedzieć się więcej na temat naszego pisma, zapraszamy do kontaktu za pomocą poniższego formularza bądź redakcyjnego adresu
e-mail:

redakcja@europrojekty-pl.pl

redakcja@europrojekty-pl.pl

Copyright © 2014  |  Europrojekty-pl  |  Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie artykułów z tej strony bez zgody redakcji lub autora zabronione  |  made by TATUTU

Wysyłanie...  |

Wystąpił błąd. Przepraszamy  |

Wiadomość wysłana  |