Z
Piotrem Hałasikiem – Szefem Grupy Kapitałowej BH Steel Energia – rozmawia Jacek Broszkiewicz
– Pozwoli Pan na początku naszej rozmowy, że poruszę wątek osobisty. W 2001 roku, kiedy powstawał miesięcznik „Euroregiony-Polska”, był Pan jednym z pierwszych poważnych ludzi świata biznesu, którzy zaszczycili nas swoją obecnością na łamach. Obecnie miesięcznik przekształca się w tytuł Europrojekty PL, a więc jego poprzednik w pewien kończy swój żywot. Pan tymczasem odchodzi z biznesu – w kwiecie wieku i powodzenia. Dlaczego? Z tego co wiem – Pańskie aktywa wynoszą pół miliarda złotych.
– Co do podanej przez pana kwoty ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam, ale umawialiśmy się, że nie o wysokości mojego majątku będziemy rozmawiać. Faktem jest, że odchodzę z czynnego uprawiania biznesu, za kilka miesięcy nie będę już pełnił żadnych funkcji zarządzających i nadzorczych w spółkach prawa handlowego.
– Czy zatem skoro już nie per: panie prezesie, to może powinienem się do Pana zwracać per: panie doktorze, bo i takimi informacjami dysponuję.
– Ma pan dobre źródła. Istotnie, na dniach będę bronił pracy doktorskiej w jednej z renomowanych uczelni europejskich, a tematem mojej dysertacji będą ekonomiczne aspekty funkcjonowania energetyki zawodowej, a więc dziedziny, którą znam najlepiej, i która jest najbliższa. Nie ukrywam, że droga, którą sobie powoli w życiu wytyczam, nie będzie polegać wyłącznie na obcinaniu kuponów od sukcesu, jaki niewątpliwie – i to uczciwą drogą - osiągnąłem. Moim celem jest lobowanie na rzecz rozwoju polskiej energetyki zawodowej z pozycji eksperta, posiadającego nawet swoje biuro w Brukseli. I nikt mi za tę pracę dla kraju nie musi płacić. Muszę panu zwrócić uwagę na fundamentalną kwestię. Po to, by móc skutecznie pracować dla jakiejś dziedziny gospodarki kraju, właśnie lobować, w moim wypadku wykorzystywać swoje 35-letnie doświadczenie w tym sektorze – muszę być czysty, nie powiązany z żadnymi grupami interesów, bo mnie chodzi o lobbing na rzecz interesu Polski, a nie firm, holdingów, czy grup kapitałowych.
George Soros – biznesmen światowej miary pożegnał się z zarabianiem pieniędzy. Służy innym swoim doświadczeniem.
W naszym kraju zaczynają pojawiać się ludzie podobni do niego.
– Ma Pan dość uczestniczenia w wyścigu szczurów?
– Przecież jego metą jest śmierć. Minęło mi 50 lat i chcę jeszcze pożyć. Mam wspaniałą, kochającą żonę, ukochane dzieci: syna i córkę.. Po co codziennie krążyć wokół groźby zawału, albo wylewu i kusić los. Tym bardziej, że od 17 lat pracuję na własny rachunek. W tym czasie różnie bywało, bo przecież, tak jak wielu innych praktycznie zaczynałem od zera. Dzisiaj jestem spełniony, osiągnąłem sukces, stabilizację, ale to bywało okupywane niesamowitymi dawkami stresu, presji, odpowiedzialności. Obecnie chcę się poświęcić w o wiele większym niż dotychczas wymiarze rodzinie i osiągnąć taki stan ducha, który, który pozwoli mi spokojnie realizować inne cele życiowe. Wspomniałem o lobbowaniu na rzez polskiej energetyki zawodowej w Brukseli, ale wcale nie wykluczam angażowania się w projekty, czy propozycje mające wymiar społeczny, a może nawet polityczny. Z góry jednak zakładam, że jeślibym otrzymał propozycję z tych kręgów, to moja praca będzie za symboliczną złotówkę, a jeśli nie pozwolą na to przepisy, całe należne mi wynagrodzenie zawsze będę przeznaczał na cel społeczny.
– Teraz to ja pozwolę sobie nie owijać w bawełnę: Czy jest Pan zwolennikiem tezy, że w decyzyjnych gremiach, takich jak Sejm, czy rząd nie powinni znajdować się ludzie określani wręcz mianem, wybaczy Pan: „gołodupców”?
– Dotknął pan materii dość skomplikowanej. Jest masa uczciwych ludzi, którzy mają poczucie misji i służby dla kraju, a swój status materialny niewiele ich obchodzi. Taką sztandarową postacią był Jacek Kuroń. Ale pokusa zawsze istnieje, zwłaszcza w świecie, w którym zwalczają się różne interesy, konkurencja jest bezwzględna. Nikt nie może zagwarantować, że człowiek, któremu nie starcza na życie do końca miesiąca – a pełni ważną w Państwie funkcję – wreszcie nie ulegnie pokusie. Człowiek majętny nie ma tego rodzaju dylematów. A proszę zwrócić uwagę, że dochodzenie do majątku do wielka sztuka, wymagająca wielu umiejętności, to kapitał intelektualny, którego wartość teraz tak zaczyna się cenić. To wreszcie doświadczenie – bezcenne – pracy w realiach gospodarczych, finansowych. I te walory należy wykorzystywać, tym bardziej, że za darmo! Czy biolog mieszkający w M-3 i posadzony z klucza partyjnego na stanowisku na przykład podsekretarza stanu w ministerstwie gospodarki sprawdzi się na tym stanowisku? Bzdura! A my od 20 lat godzimy się z tak absurdalnymi praktykami. Uznaliśmy je wręcz za kanon. Ja się mu zdecydowanie sprzeciwiam.
– Delikatnie krążymy wokół sfery polityki. Czy widzi Pan dla siebie w niej miejsce?
– Jeśli otrzymam sensowną propozycję, to się zastanowię, ale na zasadach, jakie podałem wcześniej. Gdyby się pojawiła, uznałbym ją za zaszczyt i zobowiązanie do pełnienia służby dla kraju. Nie mam chorobliwych ambicji w tym obszarze. Czasami zastanawiam się nad założeniem Fundacji, która wspierałaby biedne, ale najzdolniejsze dzieci szkół podstawowych i średnich, które – warunek: chcą się uczyć - z Zagłębia Dąbrowskiego – subregionu, z którym jestem najbliżej związany. I prawdopodobnie to zrobię, bo jak już mi coś zaczyna krążyć po głowie, to zwykle się materializuje. Jako człowiek jeszcze biznesu – nie dopuszczę w takim przypadku, by fundacja, o jakiej zamyślam, działała tak jak większość fundacji w Polsce, które 95 procent donacji i darowizn kwalifikują jako koszty własne, czy de facto, wszystko co otrzymują – same konsumują. U mnie będą mieli szanse pracować ludzie za niewielkie pieniądze lub wolontariusze, z poczuciem sensu tego co robią, a gros środków, pozyskiwanych zresztą głównie z moich aktywów będzie przeznaczane na statutowe cele fundacji. Takie podejście do tego pomysłu wydaje mi się po prostu uczciwe.
– Pożegnanie się z biznesem w sile wieku, pełni zdolności twórczych, czy z Pana punktu widzenia, człowieka obracającego się w kręgach – nazwijmy to wprost – klasy wyższej – zaczyna być już jakimś trendem, modą, czy tez polega wyłącznie na podjęciu osobistej decyzji?
– Mogę odpowiadać wyłącznie za siebie. Nie ukrywam, że na moją decyzję miał wpływ kryzys światowy, ponadto zbiegł się on z moim silnym zaangażowaniem inwestycyjnym – moje firmy budują 5 elektrowni wodnych. Ale niemały wpływ na stosunek do biznesu teraz właśnie został ukształtowany przez biurokratyczne, niezrozumiałe procedury, wieczne oczekiwanie na jakiej decyzję. Ja wiem, że być może podobnie jest w świecie, ale mnie to dręczyło, było pokonywaniem swoistej drogi przez mękę. Być może gdzieś są przyjazne biznesowi państwa, ale w odniesieniu do naszego absolutnie tak powiedzieć nie można. Tym bardziej w tej sytuacji zadziwiające jest to, że setki tysięcy ludzi biznesu pchają ten kraj do przodu, mimo kłód rzucanych im pod nogi przez rodaków, którym powinno zależeć na przyspieszeniu rozwoju Polski. Przepisy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Jak tu działać na dłuższą metę? Niech się z tym męczą moi młodsi następcy. Decyzje administracyjne są dla świętego spokoju konsultowane w Brukseli. Podam przykład. Rozpoczynam budowę elektrowni wodnej w 2003 roku. Wygrałem przetarg. Teraz jest rok 2009 i do tej pory nie mamy zamkniętej nie tylko budowy, ale nawet pozwolenia na nią! Mimo, że spełniliśmy wszystkie niezbędne wymogi prawno-formalne. Beton! Ściana, której normalnemu, uczciwemu przedsiębiorcy nie sposób przeskoczyć. Czy dziwi się pan, że w pewnym momencie można sobie powiedzieć daj sobie chłopie spokój z tą szarpaniną?
– To moment na refleksję, co się ma do zrobienia w życiu, na co jest szansa i to w sensownym wymiarze?
– Dokładnie tak. Jestem wdzięczny za dar, który kazał mi się zatrzymać i wycofać z gonitwy za – tak naprawdę niczym, czyli pieniędzmi – kosztem rodziny, pasji, spełnienia i zadowolenia z życia. Oczywiście, osiągnięcie swojego obecnego statusu okupiłem masą wyrzeczeń, ale wie pan co jest najpiękniejsze i co najbardziej doceniam – powiem nieskromnie – w sobie? To dojście do momentu, kiedy coś innego zaczyna być ważne, kiedy pojawia się w człowieku chęć czynienia dobra innym, co oczywiście nie oznacza totalnej filantropii, aż do osiągnięcia poziomu osobistej nędzy. To trzeba robić z głową, mieć pomysł, ale i stosować na tej nowej niwie zasady zdroworozsądkowe, powiedziałbym - zgodnie ze swoim przyzwyczajeniem: biznesowe. Ale ja już nie chcę i nie muszę robić pieniędzy, tyrać dla zysku. Pragnę dzielić się swoja wiedzą, doświadczeniem, kontaktami, a także szacunkiem, jaki zyskałem z tymi , którzy może jeszcze nie za bardzo w siebie i swoje możliwości wierzą. A zapewniam, że podstawą sukcesu, jest wiara w siebie i swoje możliwości oraz determinacja. To chcę zaszczepiać młodym Polakom, którzy, mimo trudności materialnych, rodzinnych mają pęd do wiedzy, chcą stać się kimś w życiu. Tym ludziom będę pomagał z całych sił.
– Złudnym jest przekonanie, że każdy może być biznesmenem Pańskiej miary. Tacy ludzie nie rodzą się na kamieniu i myślę, że tę prawdę trzeba akcentować na każdym kroku...
– Nie jestem aż tak naiwny, by wyobrażać sobie, że będę klonował samych Hałasików z portfelem milionów złotych. Istota rzeczy polega na tym, by w polskim świecie malkontenctwa zaszczepiać ducha przedsiębiorczości. A to umiem. Rzecz nie w tym, by dawać ludziom do ręki setki tysięcy złotych, ale wędki, na których zawieszą swoje pomysły, idee, misje. W takim działaniu widzę swoją rolę.
– Do takiego stosunku do rzeczywistości potrzebny jest dystans. Mam wrażenie, że nie osiągnął go Pan jedynie krocząc pasmem sukcesów...
– Każdy kto decyduje się na pracę na własny rachunek musi wziąć pod uwagę, że życie nie jest usłane samymi różami. Ponosiłem porażki, popełniałem błędy, ryzykowałem – przyznam się: w imię pazerności - do ponoszenia nieuzasadnionego ryzyka– ale przyszedł taki moment zastanowienia, kiedy pomyślałem o potrzebie dystansu. To było coś co było niezależne od mojej woli. I ten dystans staram się hołubić, bo wiem, że to on jest solą mojego życia, życia mojej rodziny, czyli tego wszystkiego, co jest mi najdroższe.
– Jest Pan wolnym człowiekiem?
– Teraz czuję, że tak. Mogę i chcę spełniać się na płaszczyźnie nauki, być ekspertem – jeśli decydenci dostrzegą, że mam coś wartościowego do zaoferowania. Jako człowiek majętny nie wykluczam udzielania się na niwie politycznej – w pełni społecznie, a więc nikt nie będzie mnie w stanie przekupić. To ważne stwierdzenie w dzisiejszej rzeczywistości i prosiłbym, by nie pominął go pan w zapisie tej rozmowy. Byłem jedynym członkiem Rady Nadzorczej, który miał zdanie odrębne przy sprzedaży Polskich Hut Stali koncernowi Mittal. Nie boję się wyrażać własnych poglądów. Także kiedy idzie o sprawy wagi państwowej, makrogospodarczej. Sądzę, że im więcej takich odważnych i nie uwikłanych w powiązania polityczne ludzi nasz kraj będzie miał – a co najważniejsze – będą oni mieli dużo do powiedzenia – tym lepiej dla nas wszystkich.
– Dziękuję za tę część rozmowy.
cd. w najbliższym wydaniu ERP
(wywiad nieautoryzowany)