– Panie Profesorze, kończąc w obecnym wydaniu miesięcznika „Europrojekty-PL” wywiad – rzekę z Panem, chciałbym nawiązać do pasji, z jaką mówi Pan o konieczności wykorzystania wszelkich szans, by polska medycyna i nauka zagościła na stałe w czołówce peletonu ciągnącej rozwój cywilizacyjny. W odniesieniu do dziedziny, którą Pan się zajmuje– nie zawaham się tego powiedzieć - chodzi przecież o przetrwanie gatunku ludzkiego. Realia?
– Kiedy wspominałem o Dubaju i Katarze, które chcą stworzyć potężny ośrodek naukowo-badawczy i uniwersytecki na skalę światową i ściągnąć do niego najwybitniejszych naukowców i badaczy z całej planety, to mówiłem właśnie o realiach, które my, na polskim podwórku, musimy zacząć dostrzegać. Ja tę szansę na pewno wykorzystam.
Jestem już w takim wieku, że raczej moja profesja powinna nazywać się: menedżer nauki niż naukowiec. To, co do zr
obiłem na tej niwie już mam za sobą, a nagłego błysku i przełomu raczej nie oczekuję - teraz kolej na następne pokolenie. Ale za nic w świecie nie zrezygnuję, bo, jak mawiał mój promotor, kiedy pracowałem nad doktoratem : nie ma takiej mobilizacji, aby nie mogła być większa, z działań mających na celu wciągnięcia polskiej onkologii do czoła wyścigu po nowe zdobycze naukowe służące człowiekowi, jego zdrowiu i życiu. Niepokoi mnie „wyścig szczurów”, w którym uczestniczy większość polskiego środowiska naukowo-badawczego. Zanikła instytucja mistrza, mentora, który prowadzi początkującego adepta nauki chcąc mu pomóc, a nie wykorzystać dla własnej kariery, jak ma to miejsce bardzo często obecnie. Wspominam szlachetnych ludzi, którzy mnie samemu pomagali nie tylko w sferze zawodowej, ale uczyli jak godnie żyć. Wierzę, że te praktyki nie zaginą, a jeśli, to na pewno kiedyś się odrodzą, ponieważ istoty człowieczeństwa nie da się do końca zmerkantylizować. Zasada jest prosta jak w pokerze: jeśli raz wyciągniesz z rękawa fałszywą kartę – do końca życia pozostaniesz szulerem, niezależnie w co się w życiu gra.
– Wkraczamy w obszar etyki...
– A ja myślę, że tę naszą długą rozmowę właśnie w takim klimacie toczymy. Więcej! Mam wrażenie, że mówimy o świecie, który niby już zaginął, o prawdziwych wartościach, tych które wtłaczano Polakom do głów i serc w okresie międzywojennym, kiedy wykształcenie klasyczne na poziomie maturalnym z reguły oznaczało cenzus porządnego człowieka i obywatela. W czasach socjalizmu niby wszystko to poszło w kąt, ale jakże wielu godnych ludzi na różnych szczeblach dalej prowadziło swoją wychowawczą robotę korzystają z wpojonych im wzorców. Ja miałem szczęście uczestniczyć w takim indywidualnym komplecie z moim mentorem profesorem Heliniakiem Trzy miliony studentów w Polsce roku 2009 to brzmi dumnie. Ale ilu spośród nich prócz zdobycia wiedzy specjalistycznej będzie prawdziwymi humanistami, ludźmi oczytanymi, dla których myśliciele posługujący się przed wiekami greką lub łaciną nie będą kojarzyć się z neandertalczykami?
– Smutek bije z Pańskich słów...
– Nie do końca. Na szczęście. Wiem to na pewno, że społeczeństwo „en gros’ nie da się całkowicie ogłupić popkulturową papką, a wejście w środowisko inteligenckie będzie oznaczało prawdziwą umysłową i etyczną nobilitację. Tego za pieniądze kupić się nie da.
– To dziwne, ale słucham Pańskich słów z uczuciem swoistego deja vu. Też miałem swojego mistrza w zawodzie, który uprawiam i na pewno fakt, że tak długo zaszczyca mnie Pan rozmową, wynika z tamtych relacji. To zostaje. Ale powróćmy do konkretnych, choć bliskich atmosferze tej rozmowy, spraw. Jaka marzy się Panu przyszłość gliwickiego Centrum Onkologii?
– Mam 63 lata i zdaję sobie sprawę z tego, że już nie jestem efektywnym dyrektorem. To jest przeszłość. Uważam że kierownictwo placówki powinien objąć młody, powiedzmy 45-letni facet, który ma tzw. drive’a, czyli parę do ciężkiej roboty, to co najważniejsze – pragnie ją wykonywać. Oczekuję, by taki człowiek nie spaprał tego, co już osiągnęliśmy, i pociągnie rozwój placówki oraz uczyni ją jeszcze bardziej renomowaną niż jest obecnie.
– Zamierza Pan odejść?
– Z funkcji dyrektora myślę, że tak, ale nie z Centrum. Mam masę zadań do wykonania w dziedzinie przekazywania wiedzy, kształcenia młodych kadr medycznych. Chcę znów mieć bliski kontakt z pacjentami, leczyć ich osobiście, ale także nadal rozwijać swoje zainteresowania naukowe, bo przecież umysł nie odchodzi na emeryturę. Szczerze mówiąc, mam dość administracyjnej harówki – to jest pole do popisu dla młodego wilczka, ale warunek jest jeden, o którym już wcześniej wspomniałem. To musi być człowiek, który nigdy nie wyciągnął i nie wyciągnie z rękawa fałszywej karty. Znam wspaniałych ludzi, którzy znakomicie nadają się do tej roboty. Jest ich w naszym Instytucie i również w Polsce bardzo wielu. Miliony przedsiębiorczych rodaków rozpierzchło się po świecie, pomnażają zamożność innych nacji. Bardzo mnie to boli, podobnie jak to, kiedy, czy to w Stanach, czy w Europie, widzę w sklepach wywieszki informujące, że można się porozumieć po angielsku, francusku, niemiecku i....”gawarim pa ruski”. A po polsku nie! Podziwiam Rosjan, są takimi samymi Słowianami jak my, to są wspaniali ludzie, równie inteligentni, jak europejczycy, czy amerykanie, co do których pod tym względem można mieć jednak pewne zastrzeżenia. Potrafią się przebić, bo nie mają kompleksów. To nasza główna przypadłość. A czy mamy powody na nią cierpieć? Po trzykroć: nie! Poczucie niższości i niedowartościowania to polska jednostka chorobowa, no i rodząca się z tego tytułu zawiść. Nie chcę wdawać się w porównania, ale korzystając ze swoich doświadczeń wynikających z wieloletnich pobytów w USA dochodzę do wniosku, że to my mamy przewagę, ponieważ Amerykanie już w łonie matki uczeni są myślenia tunelowego. To takie „one way thinking” albo „one way ticket”. Polacy są i inteligentni i otwarci i elastyczni w myśleniu i szalenie kreatywni, skorzy do improwizacji, której era dopiero nadchodzi i to ona będzie motorem rozwoju. Mamy wszelkie predyspozycje, by te zalety, wykształcone niejako w drodze historycznego doboru naturalnego, spożytkować w maksymalny sposób. Niestety, elementem hamującym jest gen kompleksu. Może powinienem powiedzieć „był”, bo przecież obecne 20-latki to zupełnie inna generacja – posiadająca wszystkie zalety, już prawie bez tej genetycznej wady. Mógłbym powiedzieć, że ostatnie 20 lat wolnej Polski to czas eliminowania tego kompleksu. Chciałbym dożyć czasów, kiedy będzie można powiedzieć, że ten zbiorowy pacjent z owej przypadłości został zupełnie wyleczony.
– Malkontenctwo – narodowe danie dla siebie i gości...
– Na szczęście to przestaje być modne. Narzekanie to zabójca inicjatywy, działania. A że przechodzi moda na ten styl życia? Wystarczy popatrzeć na pięknie odrestaurowane polskie zamki i pałace magnackie, by nie podpierać się sukcesami w gospodarce. Skąd się to bierze? Ano właśnie z uruchamiania zalet i poczucia stabilizacji, zwłaszcza w dziedzinie respektowania świętego prawa własności. Ono – mieszkając w głowach ludzi - czyni cuda: skłania do twórczego myślenia, kreowania pomysłów i idei, o których świat powinien się dowiedzieć. Odnoszę te słowa także do sfery polskiej nauki i gospodarki, choć chciałoby się, by związki pomiędzy tymi dziedzinami były ściślejsze.
– Jak uczynić państwo i jego obywateli bogatymi?
– Metoda jest bajecznie prosta dla przeciętnego człowieka, ale już nie dla polityka. Stworzyć przyjazną politykę fiskalną, tak, by podatki ludzi, którzy potrafią robić pieniądze, pozostawały w kraju. Tak rosła potęga Stanów Zjednoczonych. Perspektywa dobrego, zamożnego życia w swoim kraju to potężny motywator.
– Niektóre państwa, jak na przykład Tajlandia wręcz wykupują z USA swoich naukowców właśnie po to, by tworzyć podstawy własnego rozwoju i dobrobytu...
– To prawda, ale najpierw ich tam wysyłają po to, by się uczyli. Czy pan wie, że kiedy byłem w 1986 roku w Los Angeles to w kampusach dominowali biali i mały procent afroamerykanów? Teraz, podczas ostatniej wizyty przecierałem oczy ze zdumienia. Dwie trzecie studentów i pracowników naukowych reprezentuje wschodnie nacje. Ci młodzi ludzie uczą się od rana do wieczora. Odwalają benedyktyńską robotę. Widziałem w laboratorium Tajwańczyka, który tymi swoimi hieroglifami przepisywał z angielskiego potężny podręcznik. Jak wielka musi być motywacja tych ludzi! Śmiejemy się z Japończyków, którzy stadami wyposażeni w aparaty fotograficzne i kamery video przemierzają świat. Fotografują wszystko, nawet buty. Nie jesteśmy świadomi tylko jednej rzeczy, że po powrocie do swej ojczyzny ten cały zebrany materiał selekcjonują i zostawiają tylko to, co im się przyda – do skopiowania, udoskonalenia. Mądra nacja. Ale na pocieszenie dodam, że Polacy zagranicą też potrafią działać w taki sposób i wcale nie mam na myśli starej Polonii w chicagowskim Jackowie, czy nowojorskim Greenpoincie – te skupiska to po prostu wstyd! Mam na myśli młodych ludzi wyjeżdżających na staże, kontrakty – to im trzeba pomóc się rozwijać, bo mają tak kapitalne pomysły, że nam, starszym ludziom wychodzą oczy z podziwu. Bardzo się cieszę, że mogę przy nich być, bo dają mi dużo ze swej energii, wystarczająco dużo, bym nie musiał myśleć o sobie jak o nikomu niepotrzebnym starzejącym się człowieku.
– Taki aeropag rządzi polską nauką...
– Być może wypowiem obrazoburczą tezę, ale uważam, że członkami Polskiej Akademii Nauk, poza kilkoma wyjątkami powinni być młodzi ludzie. Nie można ciągle żyć w aureoli Marii Skłodowskiej – Curie i historycznymi retrospekcjami. Świat nauki dynamicznie prze do przodu i temu pędowi mogą sprostać tylko tacy ludzie nauki, którzy mają w sobie podobną energię i potrzebę zwyciężania. Uważam, że najlepszymi polami dla inwestycji są sztuka i medycyna. Dlaczego? Bo dotyczą mózgu, myślenia i życia pełnią życia. Kiedy porównam amerykańskie galerie sztuki współczesnej, w których wystawiane są straszliwe bohomazy, które można kupić od kilkuset tysięcy dolarów wzwyż z przepięknym dorobkiem współczesnej polskiej grafiki i malarstwa – prace sprzedawane po 100-200 złotych, to po prostu osiągam stan przedzawałowy. Z tej dygresji wynika, jak trudno się przebić na wielkie salony, ale często sami sobie to winszujemy. Mój nieżyjący już przyjaciel Jerzy Duda-Gracz opowiadał mi szczegóły gehenny, którą musiał przejść tylko dlatego, że był prześmiewcą naszych przywar narodowych. Niby odbiegam od zasadniczego toru naszej rozmowy, ale uważam, że kiedy mówimy o sprawach fundamentalnych, dotyczących polskiej nauki, kultury i ich miejsca w świecie, to nie powinniśmy unikać tematów trudnych. Takich, które są bardzo bliskie polskiemu piekłu wyrażającemu się w modlitwie: Panie Boże, zabij sąsiadowi krowę! A ja się cieszę, że sąsiad ją ma i ona daje mu dość mleka. Kiedy widzę, że moim współpracownikom, kolegom dobrze się powodzi, wiem, że nie uciekną do innej pracy, a będą działali dla dobra Instytutu, będą z tego dumni. To ma ścisły związek z nadrzędnym celem, jakim jest leczenie pacjentów, którzy darzą tę placówkę dużym zaufaniem.
I aby spointować ten odcinek opowiem pewną historyjkę. Przyszedł do mnie technik z radioterapii, świetny facet, a że miał w sobie coś z bon vivanta, chciał więcej zarabiać. I pyta czy jest jakaś szansa, by dostał podwyżkę. Mówię mu,: Jak będziesz całe życie technikiem, to zawsze będziesz miał mniej niż oczekujesz. On na to: To co ja mam zrobić? – Idź na studia – mówię mu. Wziął sobie te słowa do serca zaczął studiować fizykę medyczną, wieczorowo, w Lublinie. Dojazdy kosztują, wszystkie weekendy przez kilka lat wyjęte z życia. Przychodzi i prosi o pomoc. Mówię mu: 90 procent kosztów zapłaci ci Instytut, ale pod warunkiem: średnia ocen od 4,5 wzwyż. Skończył studia, przyniósł mi dyplom magisterski z wyróżnieniem. Ale co z tego? Według przepisów podwyżka jego płacy mogła być symboliczna, a poza tym – mówię mu to prosto w oczy: Winien mi jesteś przysługę. Pyta: Jaką? Doktorat! – wypaliłem. Leszek zrobił doktorat z wyróżnieniem w ciągu 2,5 roku, po czym przyszedł do mnie i mówi: Nie wierzyłem w to, ale po raz pierwszy od wielu lat mogę wyjechać z rodziną na zagraniczny urlop. Należy ci się – powiedziałem – ale po powrocie zabierasz się do przyszłej habilitacji. I robi. Takich ludzi jest w Polsce bardzo dużo, tylko trzeba dać im szanse rozwoju. Tak się to powinno kręcić!