Wiele sprzecznych wiadomości płynie na temat stanu gospodarek państw Europy Środkowo – Wschodniej. By sprawdzić jak jest naprawdę w jednym z krajów, który – jak głoszono – stoi na krawędzi bankructwa, wybrałem się do Estonii, by naocznie przekonać się co do wiarygodności tych informacji.
Pierwsze co uderza to doskonale zarządzane państwo. Zastanawiałem się z czego to może wynikać, przecież Estonia, tak jak Polska, nosiła na sobie 50-letni garb określany potocznie mianem „homo sovieticus”. U nas taki stosunek do życia, a przede wszystkim do zarządzania różnymi sektorami gospodarki, ma się świetnie. Ciągle jedziemy na sprzedawaniu wszystkiego co tylko jeszcze można i chlubimy się paro miliardowymi wpływami z tego tytułu.
Tymczasem w Estonii, maleńkim kraju po prostu nie było czego wyprzedawać, a kolejne rządy w
ciągu minionych 20 lat usilnie zabiegały o to, by zachodnie banki po prostu inwestowały w infrastrukturę, przemysł, turystykę. Szacunki co do tempa rozwoju Estonii są rozbieżne. Autorzy jednych opracowań twierdzą, że to państwo odnotowywało coroczny przyrost PKB w granicach 10 procent. Inni uważają, że bywało, że rósł on o więcej punktów procentowych. Nie mnie oceniać wiarygodność tych danych. Faktem jest, że kraj wyglądem (drogi, infrastruktura techniczna, poziom zamożności obywateli) nie odbiega od średniej europejskiej i są tacy, którzy twierdzą, że to taki północno-wschodni Luksemburg. Sam jestem skłonny porównywać Estonię raczej do Słowenii. Tallin w wielu rankingach już wyprzedził inne stolice. Przyjmijmy, że w ciągu ostatnich 20 lat Estonia rozwijała się średnio w tempie 10- procentowego przyrostu PKB rocznie. Załóżmy, że w tym czasie średni rozwój Polski był 5-procentowy, co może mieć wyłącznie charakter zabiegów z dziedziny public relations – tak dla lepszego samopoczucia. Fakty są nieubłagane: 20 lat Estonii – 200 procentowy przyrost PKP, 20 lat Polski – 100 – procentowy. Mimo bardzo uproszczonego i niedokładnego sposobu obliczania widać wyraźnie kto kogo dogonił, przegonił oraz dlaczego.
Estonia ma dług publiczny w wysokości ok.11 procent a deficyt sięga około 3 procent PKB. I to jest wynik lepszy od tego, który uzyskuje wspomniany Luksemburg ( dług publiczny 16%). W Polsce zadłużenie państwa dochodzi do 55 procent wysokości jego budżetu a deficyt 7,5 %. Z tych porównań, a i moich osobistych obserwacji jasno widać kto jest liderem w tej części Europy. Mimo ubiegłorocznych kłopotów związanych ze światowym kryzysem finansowym, Estonia poważnie przymierza się do wejścia w strefę Euro nawet w przyszłym 2011 roku. U nas mówi się o latach 2015, a nawet 2019!
Istota sukcesów Estonii leży w organizacji. Mimo obciążeń mentalnych, zwyciężył tam pragmatyzm i mądre zarządzanie państwem. Czyli model typowy – z powodów kulturowych – dla krajów skandynawskich, a więc o wiele bardziej skuteczny niż nasz wschodnioeuropejski bałagan. Jednocześnie, co paradoksalne ze względu na dużą diasporę rosyjską w Estonii, ten kraj nie boi się wielkiego sąsiada, który mógłby go zająć w kilka godzin. Nie ma odium strachu, ciążącego na mentalności polskiej klasy politycznej, który wywołuje fatalne skutki w polityce zagranicznej w stosunku do Rosji. W Tallinie nikt się nią nie przejmuje, a jeśli już, to na poważnie – w dziedzinie robienia z nią wzajemnie korzystnych interesów. Przeszłość została zamknięta, a oczy Estończyków zwrócone są w przyszłość. Doceniają to sami Rosjanie, a bogatych Rosjan z Moskwy czy Sanki Petersburga są już tysiące. Widać ich tłumnie w najlepszych estońskich hotelach i SPA, gdzie zostawiają grubą gotówkę. Wśród obsługi hotelowej ludzie po 30-ce jeszcze mówią po rosyjsku, ale młode pokolenie już tego języka nie zna, stawiając na angielski. Bo po angielsku można równie dobrze porozumieć się z rosyjskimi biznesmenami, którzy odwiedzają licznie ten kraj zarówno służbowo, jak i turystycznie. Pragmatyzm polega na tym, że trupy z przeszłości powyciągano z szafy i głęboko zakopano. Taką karierę zrobiła sąsiednia Finlandia, która pomimo okropnych doświadczeń z Rosją, właśnie handlując z nią przez ostatnich kilka dziesięcioleci, stała się z kraju biednego, potentatem gospodarczym, w którym poziom życia jest naprawdę bardzo wysoki.
Jak zwykle, byłem ciekaw, jaki jest stosunek Estończyków do Polski i Polaków. Bardzo nas lubią, często podkreślają wdzięczność za to, że rozpoczęliśmy demontaż komunizmu. Ale przecież doskonale wiem, że tej szczerości towarzyszą także ich własne oczekiwania, jak skorzystać na tym, że relacje pomiędzy naszymi narodami mogą i powinny być bliższe, chociaż przecież nie jest to nacja słowiańska. Ale co ciekawe także Rosjanie zamieszkujący ten mały kraj ciepło mówią o Polakach. Oni wszyscy nas lubią.
Oczywiście, można mieć zastrzeżenia co do powyższych porównań, chociażby takie, że Polska jest 10-krotnie większym krajem i trudniej w związku z tym nim zarządzać, ale to są PR-owskie bajki. Wystarczy przytoczyć przykład pędzących z szaleńczą prędkością do przodu wielkich, komunistycznych, ale dobrze zarządzanych Chin. Można epatować polską publiczność zachwytami, jak to wspaniale przebrnęliśmy przez morze kryzysu, pozostając w ubiegłym roku jedyną zieloną wyspą, na czerwonym europejskim morzu recesji. Tylko wypada się zastanowić dlaczego tak się stało. A może odpowiedź jest prosta? Rząd polski nie zrobił nic, by pomóc gospodarce, polskim przedsiębiorcom. I to było doskonałe posunięcie. Nie wnikam w to, czy był to rezultat braku koncepcji interwencjonistycznej, czy też brak pomysłu. W każdym razie to polscy przedsiębiorcy, pozostawieni sami sobie uratowali naszą gospodarkę. Zdaję sobie sprawę , że ta opinia może budzić kontrowersje, ale obstaję przy jej prawdziwości.
Jak Estończycy poradzili sobie z załamaniem? Po prostu część młodych ludzi wyjechała do Finlandii na jakiś czas i wróci do kraju z poważnymi zasobami. Z Polski od chwili jej przystąpienia do Unii Europejskiej szacuje się, że wyjechało 2 miliony 200 tysięcy osób. Wziąwszy tylko pod uwagę koszty, jakie państwo polskie poniosło na ich wykształcenie – średnio 200 tysięcy złotych na osobę – straciliśmy ponad 400 miliardów złotych, bo do kraju do tej pory powróciło zaledwie 60 tysięcy osób. Do czego mają wracać pozostali? Do swoich małych miasteczek, w których, jeśli dostaną pracę, to z wynagrodzeniem w wysokości tysiąca złotych? To też jest zarządzanie państwem. Jesteśmy szczodrzy dla świata pozbywającego się swoich obywateli jednocześnie roniąc łzy i bezradnie pytając dlaczego wleczemy się w ogonie Europy. Co to za pocieszenie, że jeszcze gorzej zarządzana jest Grecja, ze średnimi zarobkami wyższymi niż w Polsce albo to, że wciąż jeszcze – do kiedy?- wyprzedzamy w zamożności Bułgarię i Rumunię?
Estończycy licznej obecności Rosjan w ich kraju nie odbierają jako zagrożenia dla swej kultury, religii, suwerenności, czy próby dominacji, lecz jako element przyciągający wielkie pieniądze, a więc sprzyjający wzrostowi zamożności tego małego kraju.
Turystyka, w tym biznesowa, odgrywa pierwszoplanową rolę i jest celem strategicznym państwa estońskiego. Nawet usunięcie z centrum Tallina pomnika żołnierzy radzieckich, które wywołało tarcia dyplomatyczne i było ostatnią już chyba reminiscencją przeszłości - w sumie nie miało znaczenia dla relacji z diasporą rosyjską i stosunki z Rosją. Cerkiew w Tallinie była odnowiona i pełna. Ciągle tryumfuje pragmatyzm i racjonalizm, zdrowy rozsądek, które pchają Estonię do przodu. Przejawia się on także w takim podejściu, by państwo było silne liczbą własnych obywateli, żeby nie opuszczali jego granic, a swą przyszłość widzieli w ojczyźnie. W Polsce nie robi się nic w tym kierunku, dlatego relatywnie ubożejemy. Wyjeżdżają młodzi, odważni ludzie i pracują na dobrobyt innych nacji. A władza nie tylko bezmyślnie się temu przygląda, ale jakże często przyklaskuje temu zabójczemu dla kraju procederowi. Wyzbyliśmy się olbrzymiego kapitału, a to, co pozostaje w rękach państwa w sferze gospodarki – jest fatalnie zarządzane. A przecież można. Przykładów jest wiele. Choćby taki szwedzki Vattenfall – kolos państwowy, który rozpiera się na polskim rynku energii, i to jak skutecznie! Okazuje się, że państwowym można zarządzać równie skutecznie, jak prywatnym. Clou tkwi jednak w tym, że do zarządów strategicznych spółek z udziałem polskiego skarbu państwa nadal trafiają ludzie z klucza politycznego, a nie menedżerowie pełną gębą. France Telecom, Deutsche Bahn, CEZ to inne tego typu przykłady.
Przykład Estonii i jej sukcesów w zarządzaniu, gospodarce, relacjach z sąsiadami i mentalności ludzi musi pobudzać do refleksji. Uważam, że najwyższy czas skończyć z braniem na poważnie pienia o naszych sukcesach, ponieważ w Europie liczą się nie zabiegi marketingowe, lecz twarde realia ekonomiczne, różnego rodzaju wskaźniki, rankingi, itp..Przyjęcie tej tezy za punkt wyjścia w kształtowaniu polityki gospodarczej powinno być dla każdego rządu mottem o fundamentalnym znaczeniu. W ślad za tym płynie konieczność zmiany pryncypiów władzy. Walka o nią musi się toczyć w imię osiągania wzrostu gospodarczego, służby obywatelom, a nie wyłącznie po to by jej dosięgnąć i wykorzystać do własnych lub grupowych partykularnych interesów. To twarde słowa, lecz – z perspektywy Tallina – aż cisnące się na usta. Może po 20 latach zaczniemy to rozumieć.
Piotr A. Wrzecioniarz*
* Autor jest Profesorem Politechniki Wrocławskiej, Prezesem Zarządu Tüvpol Sp. z o.o., Prezesem Zarządu Intergeo Polska Sp. z o.o. oraz Rzecznikiem Dolnośląskiej Rady Przedsiębiorczości i Nauki przy Loży Dolnośląskiej BCC.