SAMORZĄDNOŚĆ / GOSPODARKA / INTEGRACJA EUROPEJSKA

ISSN 2082-3673

 

Europrojekty.pl  /  Numer 105  / Od redakcji

 

Od redakcji

 

Życie jest piękne

 

Od dobrych kilku lat towarzyszę najbliższym w ich kontaktach z placówkami służby zdrowia. Do tej pory był to dla mnie świat służący za pole do obserwacji lęków i strachu, zmiany zachowań – często jakże diametralnych – innych ludzi. Kiedy już opuszczałem mury szpitali po kolejnych odwiedzinach, oprócz uczucia ulgi towarzyszyło mi coś w rodzaju poczucia winy: Oto innych dotyka nieszczęście, za to mnie już od ponad 20 lat omija rola pacjenta...

 

Ale przyszła kolej i na mnie. Dość dotkliwie i dość długo choroba nie opuszczała nie tylko mojego ciała, ale chyba przede wszystkim umysłu i serca. To osobliwe jak bardzo zmienia się optyka spoglądania na życie z tamtej strony szpitalnych okien. Godziny pod kroplówkami sprzyjają refleksjom, zadumie i tylko trzeba uważać, by nie popaść w użalanie się nad sobą. Szpitalne sale pełne są ludzi z reguły pogodzonych z tym, co je spotyka, w pełni posłusznych personelowi pielęgniarskiemu i lekarskiemu. Poczucie swej dotychczasowej codziennej mocy i wiary w siebie jest tutaj, wystawione na ciężką próbę. A jak się leży przez tydzień o 2 metry od pozostającego cały czas w agonii, podpiętego pod aparaturę, kable, rurki i tlen 70-latka, którego wychudzone, ostre rysy twarzy jako żywo przypominają obrazy ilustrujące „Boską komedię” Dantego – to świadomość nieuchronności końca aż bije po głowie.

 

Czas. W szpitalu jego pojęcie nabiera naprawdę względności. Inaczej rzecz ma się ze śmiercią. Obstawiony książkami wyczytałem, że w USA około 60 procent wydatków na opiekę zdrowotną pochłania opieka nad pacjentami, którym pozostało najwyżej pół roku życia. W Polsce lekarze mają trudny do zgryzienia orzech. Ale czy tylko oni? Byłem świadkiem, jak rodzina mojego współtowarzysza – wobec braku jakichkolwiek rokowań i wiedzy, że koniec to kwestia godzin, lub najwyżej kilku dni, pytała lekarza prowadzącego, czy można jakoś ulżyć cierpieniom. Ów, ostrym tonem fuknął: Ja składałem przysięgę i mam obowiązek leczyć do końca! Nie jesteśmy w Holandii, czy Szwajcarii! A potem już łagodniej rzekł: „Ja, proszę państwa, też jestem za tym, by ludzie mogli odejść w sposób godny, ale to tylko moja prywatna opinia...”

 

I znów dochodzimy do sytuacji, w której nasze umysły krzyczą: „Tkwimy w jakimś obłędzie, bo brakuje pieniędzy na ratowanie noworodków, na leki dla ludzi w sile wieku i aktywności!” Ale prawo, lecz przede wszystkim chyba jednak serce podszeptuje: „Utrzymajmy dziadka przy życiu jak najdłużej się da!”

 

Wieczorem, na 12 godzin przed swoim wypisem, zauważyłem, że wartości na monitorze ustawionym obok wezgłowia mojego towarzysza, maleją. Powiedziałem pielęgniarce i zszedłem na dziedziniec, by rozprostować kości. Po kwadransie wróciłem na oddział, ale poproszono mnie, bym poczekał w korytarzu. Widziałem, jak z mojej sali wynoszony jest sprzęt, a po chwili wyjechało łóżko z ciałem przykrytym niebieskim prześcieradłem. A więc tak to wygląda? Poczułem przez chwilę, jak pojawia się irracjonalny wstyd, że przez 2-3 dni zdawałem się wcale nie zauważać w pokoju nieprzytomnego, ale przecież wciąż żyjącego człowieka. A teraz jego po prostu już nie ma. Wróciłem do pustego pokoju i długo siedziałem w samotnym milczeniu. Dotarło do mnie, że jestem w samym środku odwiecznej walki pomiędzy umysłem a sercem, które rzadko pragną tego samego.

 

Rzeczywistość potem nie uderzyła mnie więc jak obuchem. Zdałem sobie sprawę, że od kwietnia jestem na okrągło w towarzystwie nieuchronnego rozwoju wypadków. Opieka nad (obok synka) najbliższym mi człowiekiem, chorującym na raka płuc wielkości pomarańczy, nabrała innego wymiaru. Zauważyłem w sobie nieco mniej gniewu i niezgody na los, na bezsilność wobec faktów. A przecież od razu rozpoczął się sezon pogrzebów: ojca mojego przyjaciela, kogoś z dalszej rodziny, znanych i cenionych nie tylko przeze mnie ludzi – z epicentrum w Zaduszki. Tymczasem było mi łatwiej, bo przecież nikomu nie jest lepiej. To pewnik. A życie – jakkolwiek by nie było okrutne – i tak jest piękne.

 

 

Jacek Broszkiewicz

redaktor naczelny

Skontaktuj się z nami:

Napisz do nas:

Europrojekty.pl Sp. z o.o.

Al. Korfantego 32/44
40-004 Katowice

NIP: 634-281-53-00

+48 509 179 016

Adres:

E-mail:

Telefon:

Jeśli masz do nas jakieś pytania, chciałbyś podjąć  z nami współpracę lub dowiedzieć się więcej na temat naszego pisma, zapraszamy do kontaktu za pomocą poniższego formularza bądź redakcyjnego adresu
e-mail:

redakcja@europrojekty-pl.pl

redakcja@europrojekty-pl.pl

Copyright © 2014  |  Europrojekty-pl  |  Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie artykułów z tej strony bez zgody redakcji lub autora zabronione  |  made by TATUTU

Wysyłanie...  |

Wystąpił błąd. Przepraszamy  |

Wiadomość wysłana  |